Wyszukiwanie

Archiwum

Kategorie

Wiosennych widoków ciąg dalszy. Dzisiaj przenosimy się do innej wiosnę, ale to nadal kwietniowe zdjęcia. Powstały w przeciągu kilku dni – apogeum kwitnienia forsycji przypadło akurat na gorszą pogodę, mirabelki i fiołki wonne miały więcej szczęścia. Robiąc pierwsze fotografie z dzisiejszego posta nauczyłam się jednej ważnej rzeczy – zdjęcia „kropelkowe” robić po deszczu, albo lepiej zabezpieczyć aparat. Taka lekcja na przyszłość…

Mirabelki i fiołki niedługo pokażę w osobnych postach, teraz napiszę kilka słów o forsycji. Każdy ją zna, jest niezwykle popularnym krzewem w ogrodach i w zieleni miejskiej. Jej żółte kwiaty nieodmiennie kojarzą się wczesną wiosną, a jeśli terminy akurat się zgrają, również z Wielkanocą. Forsycja jest krzewem w łatwym w uprawie, nie lubi tylko długotrwałej suszy, jeśli jednak podlejemy ją w czasie letnich upałów da sobie radę praktycznie wszędzie. Warto wiedzieć że kwitnie tylko na pędach zeszłorocznych, więc zbyt mocno przecięta nie wyda wielu kwiatów. Do małych ogrodów warto zastanowić się nad odmianą miniaturową, której nie trzeba będzie tak często przycinać.

Czytaj dalej

Coraz bliżej, jeszcze tylko trochę – z każdym mijającym dniem zbliżamy się do takich widoków na żywo. Czas więc zmienić tematykę na blogu, ze stonowanych kolorów i w większości zwierzęcych tematów przechodzimy znów do barwnych, kwiatowych. Stokrotki stanowią bardzo wdzięczny temat do fotografowania, jednocześnie często zapominamy, że są to jedne z pierwszych kwiatów kwitnących wiosną. Ba, w osłoniętych miejscach widywałam je nawet w styczniu! A jako bonus, na samym końcu, roślina którą wszyscy znają, choć może niekoniecznie z nazwy – ziarnopłon wiosenny.

Aparat: Nikon D5200, obiektyw Nikkor 18-55 mm

Czytaj dalej

Pełnia wiosny w środku zimy

Dzisiaj od różu tylko zaczynamy, a potem przechodzimy do innych barw. To był jeden z pierwszych spacerów z nowym aparatem i kolejne podejście do fotografowania rajskiej jabłoni. Niezbyt udane, bez teleobiektywu wspaniałe drzewo wyglądało jak wielka, różowa plama. Z tego powodu szybko przeszłam do bardziej „przyziemnych” obiektów – czerwone tulipany też nie do końca współpracowały, za to fiołki odmianowe były bardzo wdzięczne. Niestety, spotkałam je tylko ten jeden raz, znacznie częściej uwieczniałam ich fioletowych kuzynów.

Aparat: Nikon D5200, obiektyw Nikkor 18-55 mm

Czytaj dalej

Ponad cztery miesiące…

…tak długo nie odwiedzałam i nie aktualizowałam obu blogów. Cztery miesiące wyjęte z życia, cztery miesiące po których znów muszę zbierać kawałki i układać wszystko od nowa, nie tylko w wirtualnym świecie.

Tym razem nie mam jednak zamiaru przepraszać i zapewniać: „to już się nie powtórzy”. Niestety, jest duże prawdopodobieństwo że taka sytuacja nastąpi ponownie. Nie, zrobię coś lepszego – wyjaśnię.

Od jedenastu lat choruję na nieswoiste zapalenie jelita grubego. Jest to choroba przewlekła i nieuleczalna, z grupy autoimmunologicznych. W dużym skrócie: układ odpornościowy nagle głupieje, nie jest do końca jasne dlaczego, i atakuje własne komórki. Czym to się objawia? W przebiegu lekkim nie dającą się opanować zwykłymi metodami biegunką. W przebiegu ciężkim wrzodami i otwartymi ranami w zaatakowanym organie, z których leje się krew. Nieraz całkiem spore ilości.

Mnie trafiła się od razu najbardziej agresywna i na dodatek lekooporna forma choroby.

 

A jak w praktyce wygląda życie z zapaleniem jelit?

To tygodnie spędzone w szpitalach, ciągłe badania i niepewność, co przyniesie jutro…

To wypróbowanie najróżniejszych leków lub przeciwnie, kolejny raz tych samych, bo może w końcu zadziałają…

To restrykcyjna dieta po której ma się koszmary na temat suto zastawionego stołu…

To anemia i ciągłe osłabienie, czasem posunięte aż do problemów z oddychaniem…

To ciągły ból i strach, kiedy dosłownie wycieka z ciebie życie…

To bycie zbyt chorym, by normalnie funkcjonować, ale niedostatecznie, aby dostać najlepsze, drogie leczenie…

To wreszcie koszmar krwotoku i operacji, podczas której półtora miesiąca temu wycięto mi niemal całe jelito grube…

To teraz nowa normalność-nienormalność do której się przyzwyczajam – mimo wszystko lepsza niż ostatnie jedenaście lat, bo w końcu nie boli…

 

Czy w tym wszystkim są jakieś jasne strony? Oczywiście, przecież nawet po najczarniejszej nocy wychodzi kiedyś słońce…

To docenianie codziennych drobnych radości, każdej chwili, która przecież już się nie powtórzy…

To wdzięczność dla ludzi, którzy mimo wszystko są obok…

To zdrowszy tryb życia, który w przyszłości może pomóc uniknąć innych chorób…

To szkoła charakteru, po której jest się silniejszym, bo „co nas nie zabije, to nas wzmocni”…

To chwila wytchnienia, która w dzisiejszym szalonym pędzie jest na wagę złota…

To możliwość przemyślenia i wybrania własnych priorytetów, ustalenia tego, co w życiu najważniejsze…

To wreszcie wdzięczność, że po prostu ŻYJĘ, którą odczuwam każdego dnia – a ilu ludzi może powiedzieć, że w ogóle zna to uczucie?

Czytaj dalej

Majowe widoki

Dzisiaj kolejny post który pierwotnie był podzielony na dwie części. Zdjęcia zostały zrobione podczas dwóch spacerów do parku, mniej więcej tą samą trasą. Podczas jednego z nich wykonałam również fotografie wiosennych chwastów, a podczas drugiego zdjęcia jasnoty nad rzeką. Są to głównie widoki z ogródków przydomowych oraz trochę kwitnącej miejskiej zieleni (bzy lilaki i kasztanowiec). Biedronkę arlekina spotkałam wracając już do domu, na osiedlowym żywopłocie. Natomiast roślina z ostatniego zdjęcia jest dla mnie zagadką – czy to pąki, czy już może zawiązujące się nasiona?

Czytaj dalej
Close